Zamek w Swobnicy, gmina Banie

fot. lipiec 2001

Obiekt zamkowy w Swobnicy ma za sobą ponad 600 lat burzliwych dziejów. Początki miejscowości sięgają pierwszej połowy XIII wieku. Wzmianka o ziemi wokół Swobnicy pojawia się po raz pierwszy w dokumencie księcia Barnima I z 1235 roku, kiedy to ów książę nadaje „Terram Banen” zakonowi Templariuszy. O wydarzeniach z tego okresu mamy niewiele informacji, jednak pierwsze przełomowe wydarzenia, które przyczyniły się do powstania zamku, miały miejsce w latach 1307-1312 –wtedy to nastąpiła całkowita neutralizacja zakonu Templariuszy. Mocą papieskiej bulli z roku 1312 majątek Templariuszy zostaje przekazany zakonowi joanitów.

Obecność joanitów na tych terenach zrodziła zjawisko silnej konkurencji w dziedzinie handlu i wszelkiej produkcji. Uprowadzenie komendanta Wilhelma Hoste w okolicach dzisiejszej Chojny oraz interwencja papieża w sprawie jego uwolnienia spotęgowała nienawiść pomiędzy joanitami a miejscową ludnością. W roku 1377 Zakon otrzymał zezwolenie na budowę zamku a jako miejsce budowy obrali sobie miejscowość Wildenbruke.

Nie istnieją żadne przekazy, które udokumentowały budowę zamku, wiemy jednak, że w roku 1397 w Swobnicy stał już murowany zamek. Dwa lata później dochodzi do niezwykle drastycznego wydarzenia, bowiem w 1399 roku w drodze ze Swobnicy do Bań zostaje zamordowany Mistrz Zakonny Detlaf von Wallmoden. Sprawcami byli mieszczanie z Bań, którzy zostali ukarani wysokim podatkiem karnym (Blutgeld). Nakazano im również ustawić w miejscu zbrodni krzyż pokutny, który stał tam do roku 1533. Powodów tych dramatycznych wydarzeń należy szukać po stronie joanitów, którzy systematycznie wyzyskiwali okoliczną ludność nakładając nań przeróżne podatki.

Pierwotny kształt zamku był zbliżony do jego współczesnych form. Wybudowany w formie kwadratu wyróżniał się charakterystyczną, wysoką (31m) wieżą, której dolna część służyła jako więzienie.

Rok 1483 stanowi szczyt rywalizacji joanitow z miastem Banie, bowiem w tym roku sprzedano miasto zakonowi, który rozebrał jego mury i bezlitośnie zbierał należne podatki. Wyroki sądowe mogły być zatwierdzane tylko przez komendanta ze Swobnicy.

W 1544 roku książę Filip I Pobożny przejął zbrojnie zamek w Swobnicy i wyznaczył nowego komendanta zamku – Andreasa von Blumenthala, na miejsce poprzedniego komendanta –protestanta. W drugiej połowie XVI wieku Joanici popadli stopniowo w długi – być może wyznaczony przez Filipa I komendant nie był zbyt dobrym zarządcą. Zamek stał się zbyt mały dla rosnącego zakonu i konieczna była jego rozbudowa. Proces ten został przyspieszony pożarem w 1621 roku, który zniszczył aptekę, bibliotekę zamkową i główne skrzydło.

Choć wojna trzydziestoletnia w latach 1618-1648 sprowadziła na Europę zniszczenie, śmierć, zarazę i zredukowała populację do 1/3 stanu poprzedniego, Swobnica i zamek nie uległy zniszczeniu. Dopiero pod koniec wojny zamek został zajęty przez Szwedów a zaraz po pokoju westfalskim w 1648 działalność joanitów na tych terenach skończyła się na zawsze. Do końca XVII wieku Swobnica zmieniała co kilka lat właścicieli aż w roku 1680 została własnością księżnej Doroty Szlezwicko – Holsztynskiej.

Księżna Dorota natychmiast zleciła przebudowę zamku w duchu panującej όwcześnie barokowej mody. Nad pracami budowlanymi czuwali tacy mistrzowie jak Nering (autor przebudowy pałacu Charlottenburg w Berlinie) czy holender Ryckwaert (autor pałacόw w Oranienbaum i Zerbst, a w najbliższym sąsiedztwie Swobnicy pałacu w Słońsku). Do roku 1690 zakończono prace modernizacyjne, których wynikiem było powstanie trójskrzydłowej rezydencji, ktόrą podziwiać możemy do dziś. Pomimo skromnej formy zewnętrznej zamek, a właściwie pałac zachwyca całkowicie zachowanym barokowym wyposażeniem wnętrz, na ktόre składają się bogate dekoracje sztukatorskie, kominki, drewniane klatki schodowe itp.
Wyposażenie to jest prawdopodobnie jednym z nielicznych, jeśli nie jedynym tego typu zachowanym do dziś na Pomorzu Zachodnim.

W roku 1689 przeprowadzano na dziedzińcu zamku liczne publiczne egzekucje osób oskarżonych o czarną magię. Pierwszą ofiarą była Lisa Schwalbe. Spalono ją na stosie. Następnie sądzono małżeństwo Kranichów, przy czym małżonkę zrzucono z wieży, zaś małżonka po torturach spalono na stosie. Ostatnią ofiarą była 80 letnia kobieta, która po torturach przyznała, że działała pod wpływem ducha o imieniu Hansen. Mąż oskarżonej przed aresztowaniem popełnił samobójstwo, ona zaś została ścięta a ciało spalono. Ostatnia oskarżona w roku 1691 została uniewinniona.

Rok 1711 stanowi początek czasów świetności zamku, bowiem w tym czasie rozpoczyna się panowanie tzw. „szalonego margrabiego” (der Tolle Markgraf) Fryderyka Wilhelma von Brandenburg-Schwedt. Znane są liczne legendy o niesamowitych polowaniach margrabiego w okolicach Swobnicy i jego złośliwych wyczynach wobec podwładnych, które jednak zawsze miały charakter moralizujący. Fryderyk Wilhelm zmarł po ciężkiej chorobie w 1771 roku, w Swobnicy.

Następcą Fryderyka Wilhelma został jego brat Fryderyk Henryk, który jednak zmarł 7 lat później. Majątek stał się własnością państwa pruskiego. Nieślubne potomstwo księcia Ludwika Ferdynanda Pruskiego, wywodzące się ze Swobnicy, zostaje nobilitowane w 1810 roku. Męski Potomek Ludwika, otrzymał nazwisko Wildenbruch i odtąd zwał się Ludwig von Wildenbruch, żołnierz i dyplomata rządu pruskiego.

Syn Ludwika, Ernst, był również dyplomatą a także znanym i płodnym pisarzem. W jego dziełach nie brakowało rozdziałów poświęconych Swobnicy. Zmarł bezpotomnie w 1909 roku i co za tym idzie linia von Wildenbruchów wymarła.

Na początku XX wieku zamek był własnością rodziny Hohenzollernów. Wydzierżawiono go w 1892 roku prywatnemu właścicielowi. Sam cesarz Wilhelm II przebywał na nim w 1895 roku w tracie uroczystego polowania i z okazji manewrów wojskowych które odbywały się w okolicach Swobnicy. Na przełomie XIX i XX wieku przeprowadzono kolejne prace renowacyjne. Z wieży uczyniono platformę widokową i odnowiono zaniedbane wnętrza. Majątek w Swobnicy liczył ok. 900ha powierzchni. Do końca II wojny światowej zamek był dzierżawiony a ostatnimi dzierżawcami była rodzina von Dassel. W trakcie wojny służył jako magazyn różnym muzeom, które obawiając się nalotów lotniczych ukryły swoje eksponaty w Zamku w Swobnicy, który nie był strategicznym punktem manewrów wojskowych drugiej wojny światowej – przez co prawdopodobnie ocalało wiele dzieł sztuki.

Zaraz po wojnie i opuszczeniu Swobnicy przez starych mieszkańców, w zamku usytuowano wiele prywatnych mieszkań. Stało się tak z pewnością dlatego, że jego wnętrza wciąż były kompletnie umeblowane i wyposażone w przedmioty codziennego użytku.

W 1948 roku utworzono tu PGR. Pomimo późniejszych planów utworzenia w zamku domu wypoczynkowego lub hotelu, do końca lat 70. obiekt został tak zdewastowany, że nie nadawał się już na biura PGRu. Systematyczne penetrowania zabytku przez poszukiwaczy darmowych materiałów budowlanych i skarbów doprowadziło zamek do stanu ruiny. Od 1989 zamek znalazł się znów w rękach prywatnych, ale nie doczekał się odbudowy. Pierwszy powojenny prywatny właściciel, firma Complex Import-Export nie podjęła się renowacji zabytku, zaś w 1992 roku Urząd Gminy Banie sprzedał zamek Belgowi Johannowi van Leenderrt, z firmy Agro-Bor.

Po 19 latach upadku i dewastacji gmina Banie w listopadzie 2011 roku przejęła pałac z rąk J. von Leenderta. W chwili obecnej trwają intensywne prace nad złożeniem wniosku do Ministerstwa Kultury o dotacje na prace ratunkowe na dachu.

Autor: F. Mudzo na podstawie: Swobnica-Wildenbruch, Roman Czejarek, Szczecin 2006.

Ledenda o swobnickim zamku

W połowie XIV stulecia książęta pomorscy nadali Joannitom z Rurki ziemie po drugiej stronie jeziora Grodzkiego, naprzeciw osady Banie. Zakonni rycerze, doceniając znakomite warunki miejsca, wznieśli na półwyspie jeziora obronny zamek, który miał bronić mieszkańców okolicy. Gdy warownia była już gotowa, przeniesiono do niej siedzibę komandorii zakonu.

Przez wiele lat stosunki Joannitów z mieszkańcami Bania układały się poprawnie, jednak gdy baliwem obrano Detlefa von Wallmoden, sytuacja zmieniła się. Zakonni rycerze, wraz ze swym komturem coraz częściej pojawiali się w osadzie, urządzając tu hulanki, nie płacąc przy tym za uczty i zniszczenia w karczmie. Początkowo zapraszali jeszcze niektórych mieszkańców Bania z czasem jednak komtur wysyłał już tylko kilku rycerzy, którzy siłą porywali co ładniejsze młode kobiety, przywozili do swobnickiego zamku, a po wspólnych z nimi swawolach, odsyłano je do ojców i mężów.

Interwencje bańskiego wójta na nic się zdały. Baliw, co prawda przyrzekł, że poskromi swych rycerzy i więcej ich wizyty w Baniu się nie powtórzą, ale już najbliższej niedzieli we wsi znów pojawili się zakonni, zabierając ze sobą nie tylko kilka najładniejszych dziewcząt ale też opróżniając piwniczkę w karczmie.

Nie było innego sposobu, jak prosić o pomoc księcia. Napisał więc wójt w imieniu wsi petycję i wysłał posłańca do Szczecina. Posłaniec nie wracał, zaś pewnego wieczora w domu wójta pojawił się komtur z trzema rycerzami. Trafili akurat na wieczerzę. Nie zaproszeni przez nikogo wygodnie rozsiedli się przy stole, kazali podać sobie dzban wina i, wypiwszy go, rozpoczęli rozmowę.

– Słyszałem, wójcie – zaczął komtur – żeście skargę na nas do księcia posłali. Prawda to?

– A prawda, prawda, komturze. Ludziska już dłużej nie mogli znieść waszych bezeceństw, a prośby nie skutkowały, to i do księcia trza się było udać po pomoc.

– A nie wiesz, głupcze, że wy nie do księcia, a do zakonu należycie?

– Jak to być może? – zdziwił się wójt.

– A tak, że książę nadał nam nie tylko ziemię, ale i lud na niej mieszkający. należycie więc do nas i od nas, a nie od księcia zależy, jaki spotka was los.

W tej chwili drzwi izby otwarły sięi weszła Miłorada, córka wójtowa, umiłowana jedynaczka. Choćliczyła dopiero czternaście wiosen wyrosła na piękną dziewczynę.

– Nie wiedziałem, wójcie – rzekł komtur nieco łagodniej – że taki skarb w domu chowasz.

– Toć to jeszcze dziecko.

– Piękne dziecko... Ale wracajmy wójcie do naszych spraw. Tym razem skargę wam darujemy. Strzeżcie się jednak zakonu. Miłosierny jest do czasu! Lochy swobnickiego zamku są głębokie, a i na drogach niebezpiecznie.

Dokończywszy wina komtur i towarzyszący mu rycerze wyszli bez pożegnania.

Od wieczornej wizyty Joannitów minęło kilka tygodni, w czasie których w Baniu nie pojawił się żaden zakonny rycerz. We wsi rozeszła się wieść, że skarga wójtowska dotarła jednak do księcia, który wezwał do siebie komtura i nałożył nań jakieś kary. Radowano się powszechnie, że oto zagrożenie ze strony niegodnych sąsiadów minęło.

Nadeszło lato. Któregośdnia wiejskie dziewczęta, a była wśród nich i wójtowa córka, wybrały się do lasu na jagody. Czas szybko mijał i nie spostrzegły nawet panny, że słońce stało już nisko nad horyzontem. Najwyższa już pora była wracać do wsi. Gdy wyszła na trakt, nagle niczym zjawy, wyrośli przed nimi rycerze z zamku. Musieli od dawna je obserwować i pewnie teraz wyskoczyli zza grubych drzew, zastępując drogę. Chciały uciekać, ale za nimi też stali zakonni.

– Idziemy moje panny – rzekł jeden z nich – łodzie czekają na brzegu a komtur w zamku.

– Zostawcie nas w spokoju – rzekła Miłorada – Czego od nas chcecie?

– Nic strasznego – rzekł tamten – zapraszamy na ucztę do zamku.

– Nigdzie nie pójdziemy. Późno już, wracamy do domu – stanowczym głosem odparła Miłorada. Nie znała jeszcze rycerzy, nie wiedziała, że nie ma z nimi, przynajmniej w takich sprawach, dyskusji. Było ich dwa razy więcej niż dziewcząt. Pochwycili je, siłą zaciągnęli do łodzi i wypłynęli na jezioro. Daremnie krzyczały, wzywając pomocy. Daremnie błagały o wypuszczenie. Rycerze zaśmiewali się tylko.

– Nie bójcie się, drogie moje – rzekła przez łzy Miłorada – zaręczam wam, że żadnej nic się nie stanie. Zaraz wrócicie do swych domów. Znam komtura i porozmawiam z nim.

– Tak, tak – podjął jeden z rycerzy – wrócicie, tylko trochę się z wami zabawimy.

– Nie zrobicie tego – krzyknęła niemal Miłorada – Komtur na to nie pozwoli.

– Przekonasz się – rzekł rycerz i dotknął ręką jej twarzy – Auuuuu!

Miłorada ugryzła go w rękę. Chciał ją uderzyć, ale powstrzymał go jego kompan.

– Chcesz narazić się komturowi? Toż to wójtowska córka. To ją właśnie kazał sobie przywieźć!

Łodzie tymczasem dobiły do półwyspu, na którym wznosiło się ponure zamczysko. Na brzegu stało kilku rycerzy, wśród których Miłorada dostrzegła komtura. Wyskoczyła więc z łodzi i podbiegła do niego. Skłoniła się. Odpowiedział skinieniem głowy.

– Jakżem rad – rzekł komtur – gościć cię w swym zamku, piękna dziewczyno. Od ostatniego naszego spotkania jeszcze bardziej wypiękniałaś. Widzę, że przywiozłaś też swoje przyjaciółki.

– Nie przybyłyśmy tu z własnej woli. To twoi rycerze, panie, siłą nas tu przywiedli.

– Cóż w tym złego, że chcieli zaprosić was na ucztę do zamku – drwił komtur – może brak im dworskich manier, wszak to żołnierze. Chcą was ugościć i zabawić, a potem odwiozą do Bania.

– Okaż swą szlachetność panie i pozwól zaraz wrócić do domów. Późno już. Tam na nas czekają zaniepokojeni rodzice.

– Zgoda, piękna panno. Twoje przyjaciółki mogą wracać nawet zaraz, skoro nie miła im nasza gościna. Pod jednym wszakże warunkiem: Ty pozostaniesz na zamku z własnej, dobrej woli.

– Zgadzam się. Z własnej dobrej woli – mówiła niemal przez łzy – ale muszę wpierw wiedzieć, że przyjaciółki moje bezpiecznie wrócą do domu. Popłyną same, bez rycerzy. Potrafią wiosłować i są wystarczająco silne. Dadzą sobie radę.

Dziewczęta, które zdążyły już wyjść z łodzi i teraz tłoczyły się przy Miłoradzie, zaczęły protestować. Albo wracają wszystkie, z wójtówną, albo wszystkie zostają.

– Sama widzisz. One nie chcą wracać, widać spodobało im się tu – szydził dalej komtur.

– Zaklinam was, wracajcie do łodzi i płyńcie do domu, ja tu zostaję, bo tego chcę. Zapewniam was, że z ich strony żadna krzywda mnie nie spotka. Proszę tylko, pożegnajcie ode mnie moich rodziców.

Z pewnym ociąganiem dziewczęta wsiadły do łodzi i żegnane smutnym wzrokiem Miłorady wypłynęły na jezioro. Pozostali na brzegu rycerze głośno klęli, okazując swe niezadowolenie.

Gdy łodzie zniknęły już z oczu, Miłorada wyciągnęła niewielki sztylet, który zawsze nosiła przy sobie i wbiła go we własną pierś. Nikt ze stojących tego nie zauważył. Dopiero gdy martwa osunęła się do stóp komtura ten pochylił się nad nią. Spostrzegł wówczas sztylet, tkwiący w dziewczęcej piersi. Pochylił głowę nad martwym ciałem i gorzko zapłakał.

– Zawińcie ciało dziewczyny w całun i odwieźcie do domu wójta – rzekł, odchodząc w stronę swych komnat.

Polecenie komtura spełniono tylko częściowo. Zawinięte w białe płótno ciało przewieziono na drugi brzeg jeziora, jednak żaden z rycerzy nie odważył się iść z nim do wójtowskiego domu. Złożyli je więc na brzegu jeziora, gdzie o świcie znalazł je zrozpaczony ojciec.

Tragedia Miłorady przepełniła czarę goryczy. Mieszkańcy Bań postanowili pomścić jej śmierć. Kto tylko zdolny był do noszenia broni stawił się wieczorem przed wójtowskim domem. Żegnani przez kobiety poszli na brzeg jeziora, wsiedli do łodzi i przeprawili się na półwysep.

Dostali się do zamku bez większych przeszkód. Dopiero gdy znaleźli się na dziedzińcu nastąpiło spotkanie z joannitami, którzy zaniepokojeni hałasem, wyszli sprawdzić, co się dzieje. Poturbowano ich okrutnie, bacząc przy tym, by żadnego nie zabić. Hałas i krzyki wywabiły w końcu na dziedziniec samego komtura. Rozjuszony tłum ruszył w jego kierunku, otoczył i w okrutny sposób zabił. Wywleczono potem jego ciało z zamku, wywieziono na środek jeziora i obciążywszy sporym kamieniem, wrzucono do wody.

Do dziś, nocą, przy pełni księżyca można przy swobnickim zamku spotkać pokrwawionego mężczyznę, osłaniającego nagie ciało joannickim płaszczem zakonnym, jak krąży wokół zamku, by później przepaść w toni jeziora.

więcej: http://www.swobnica.org

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież